CURRENT MOON
lunar phases
RSS
wtorek, 13 grudnia 2011
...hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again.../Simon&Garfunkel/

Poniewaz w rzeczywistosci pozablogowej pojawily sie watpliwosci, chcialam wyjasnic, ze w ostatniej czesci poprzedniej notki nie chodzilo mi o nikogo ze znajomych czy przyjaciol, tylko z rodziny, a o kim z kolei nie chcialam pisac wprost. Wiem, ze zostalo to opacznie zrozumiane, ze z jednej strony w realu niby jestem mila i empatyczna do przyjaciol, a potem na blogu sie żalę, ze mi zawracaja cztery litery. Jesli ktos jeszcze tak to zrozumial, to zupelnie nie to bylo moją intencją. Chcialam odreagowac kilka dosc trudnych rozmow domowych, o ktorych nie chce szczegolowo pisac. Wyszlo, jak wyszlo, rzeczywiscie, mozna bylo zrozumiec inaczej.

Ale rozne wydarzenia z ostatnich tygodni z plaszczyzny miedzy- i pozablogowej sprawiaja, ze musze jakos przegrupowac, przeformulowac to pisanie, bo to sie troche zaczyna mijac z celem. Kazda kolejna notke filtruje kilka razy, czy nie zawiera historii, ktora moze byc blednie zinterpretowac, czy nikt nie moze blednie odnalezc odniesien do siebie, czy nikogo jakas opinia nie dotkne, nie urażę, nie bede niepoprawna politycznie itd., itd. Brakuje mi anonimowosci i troche nie mam pomyslu, w ktora strone/czy poprowadzic dalej to pisanie.

Na razie nie wiem, nie mam pojecia.

środa, 07 grudnia 2011
...I miss you... but... I haven't met you yet.../Bjork/

Pytanie z gatunku fundamentalnych i retorycznych jednoczesnie - dlaczego wszystko na wlasne zyczenie komplikujemy?... Doslownie, w rzeczywistosci, albo przynajmniej w glowie, w wydumaniu, w rozkmince, w dzieleniu wlosa na czworo. Zamiast po prostu sie cieszyc i rozsmakowywac w dobrej chwili my zwykle probujemy albo ją na siłę przeciagac (przeklete, faustowskie "Chwilo trwaj!), albo umniejszyc jej znaczenie (to nic waznego, to zupelnie bez znaczenia, nie ma sie czym cieszyc), albo dorobic do niej jakas ideologie, w moim przypadku zwykle jest to pesymizm defensywny, Eberhard Mock wzbogacony o prawa Murphy;ego.
Jakby nie mozna bylo po prostu cieszyc sie z czyjejs bliskosci, nie uzalezniac sie od niej i nie zamartwiac jej?...

Nie wierze, ze mogloby sie udac, nie wierze nawet, ze jest o czym mowic.
Nie wierze, ze to mogloby byc czyms, czego chcę.
Nawet, jesli bylabym w koncu byla pewna, czego chcę.

***

Uciekam w takim razie, tak najlatwiej, odwracam sie przez ramie, patrze wstecz - na poludnie, na wrzesien, na Rumunie. Spogladam za NNomada, znow i znow, dwa miesiace po spotkaniu, gdzie ci mezczyzni, boszszsz. Czytam Hertę Mueller, Andrzeja Stasiuka, Eugene Ionesco, czytam, pochlaniam lapczywie, co tylko pachnie dziwnym, fascynujacym krajem. Szukalam bukaresztanskich sladow NNomady w sieci, znalazlam... www.bookarest.pl :) Tez interesujace :)

***

Myslalam tez ostatnio o tym, ze lubie ludzi. Im bardziej poznaje ich samych, ich zwyczaje, zachowania, to, co lubia i czego sie boja, tym bardziej ich lubie. Wiem, ze cale to zdanie brzmi, jakbym opowiadala o jakims ulubionym gatunku rybek akwariowych albo swinek morskich, ale troche w taki wlasnie sposob ich lubie, niejako gatunkowo. Samce, samice, mlode troche mniej. I mowienie o nich w taki sposob nie wynika z braku szacunku do nich badz lekcewazenia, bynajmniej.

Lubie ich, mimo ze rania, chociaz chyba coraz rzadziej. Albo moze coraz rzadziej sa to rany smiertelne, po ktorych trzeba w hibernacji czekac na przyplyw nowej energii, potrzebnej, zeby wejsc na kolejny poziom gry z nowymi trzema zyciami. Sa fascynujacym materialem do obserwacji, ku ktorej coraz czesciej sie wycofuje. Niesamowita jest ich roznorodnosc, z ktorej nie zdaja sobie sprawy. Wystarczy uwaznie jezdzic tramwajem, pociagiem - przemieszczanie sie sprzyja owocnym obserwacjom - i patrzec, przygladac sie nienachalnie, zeby nie zauwazyli kamery w oku, zeby nie stracili swojej autentycznosci na rzecz gry.

Lubie ich, chociaz czasami zabieraja cala przestrzen wokol mnie, niefizyczna. Zagarniaja mnie calymi kawalami, zostawiajac w wyrwanym miejscu swoje troski, zale, problemy rzeczywiste i wydumane, niejednokrotnie swoj egoizm, subiketywizm, jednostronnosc i zagadanie. Swoj strach i panike, lęki. Wysysaja sily, odchodza szczesliwi i spokojni, a mnie nikt nie przeprowadza superwizji, nie mam filtra, wentylu bezpieczenstwa.

Ale cos w nich jest. Cos w nich, cholera, jest. 

wtorek, 22 listopada 2011
...on cię wybrał dawno temu, wymyślił cię sobie.../Ania Dąbrowska/

W ostatnich tygodniach i miesiacach mam szczescie uczestniczyc w roznego rodzaju warsztatach/treningach, na ktore trafiam roznymi zupelnie sciezkami - prywatnie, sluzbowo, z paromiesiecznym wyprzedzeniem i zupelnie w ostatniej chwili. Tematyka nieco sie zazębia i bardzo uogolniajac sprowadza do tego, jak nie (dac sie) zwariowac w dzisiejszym zmiennym miejscu i zabieganym czasie - w zyciu zawodowym, prywatnym, duchowym. Zyje tymi warsztatami, bardzo duzo daja mi do myslenia, ciesze sie na nie, czekam. Poznaje na nich siebie, zeby bardziej swiadomie byc soba.
Duzo wnioskow - niby nie odkrywczych, nie rewolucyjnych, a jednak przekucie ich z pozornego banalu na zycie codzienne wcale nie jest latwe.
Np. zdumiewajace bylo, jak trudno nam jest mowic o swoich zaletach, talentach, o swoich mocnych i dobrych stronach bez kompleksow - u jednych wyzszosci i bezkrytycznego gadania o sobie na okraglo, u innych nizszosci i nieumiejetnosci powiedzenia o sobie przyslowiowego dobrego slowa. Widzialam, jak dorosla, zeby nie powiedziec starsza kobieta, siedziala nad kartka papieru i nie byla w stanie znalezc jednej pozytywnej cechy u siebie, napisala tylko "w niczym nie jestem dobra"... A z drugiej strony otacza nas tyle gadajacych glow zapatrzonych w lustro...
Zdumiewajace tez, jak wiele protez wymyslamy sobie na zrekompensowanie brakow i dopelnienie swoich wyobrazen, zamiast nieraz porozmawiac, uproscic lub po prostu przestac komplikowac, powiedziec jasno, czego potrzebujemy, a nie czekac na to, ze inni sie domysla. Jak wiele razy zakladamy z gory, ze inni doskonale wiedza, o co nam chodzi, bo maja na pewno ta sama optyke na sprawe, co nasza. Jak wiele razy nie podejmujemy rozmowy, bo druga strona na pewno wie, na pewno czuje tak samo i jak czesto pozwalamy sie zagonic, zapedzic, zagnac w codziennym, chomiczym kolowrotku... Na takich warsztatach czujemy sie - przynajmniej ja - jak dziecko przylapane na malych klamstwach przez duzych, madrych, troche strasznych doroslych...

Ostatnio w ogole kilka razy poczulam sie jakas taka malenka, szarosc mnie ogarnela troszke i zagubienie niemal dzieciece, i strachy, i zalosci, i co tu zrobic i buzia w podkowke, chociaz obiektywnie nie dzieje sie zupelnie nic zlego. Wszedl na to dobry kumpel z pracy, taki dzialajacy jak plasterek na rane, jak balsam, jak goraca herbata na mrozie. I troche sie zachlysnelam cieplem, na ktore trafilam, troche przestraszylam tym, jak bardzo mnie rozbroil prostym gestem, kilkoma slowami, ogarnieciem, przytuleniem...
To wszystko, nic ponadto, a piosenka Ani - tak jakos... Raczej nie o nim:

...musisz wierzyć, że to może się zdarzyć, bo przecież
gdzieś tam jest ktoś, kto też w to wierzy,
on cię wybrał dawno temu, wymyślił cię sobie,
gdy spotkasz go, powie ci, że to ty...

czwartek, 10 listopada 2011
...Lizbonę, Rio i Hawanę nawet też spróbuj nosić w sobie na deszczowy dzień.../Anna Maria Jopek/

Są dni, kiedy masz naprawdę dość,
I chcesz uciec od siebie i ludzi najdalej, jak tylko się da.
Lizbona, Rio i Hawana kuszą cię.
Obiecują ci zmianę, lepsze życie, nową twarz...

Niespodziewanie i nieplanowanie bylam ostatnio na koncercie Anny Marii Jopek (i dziekuje jeszcze raz :)), na trasie promujacej ostatnia plyte Sobremesa. Duzo slonecznych, bursztynowych dzwiekow, klimatu Kuby, Brazylii, Portugalii, bossa novy, szemrania, mruczenia, zmyslowosci, ale i ogromnej, cudownej energii. Glos glebszy i o wiele mocniej brzmiacy niz na plytach, glos, ktorym mozna wszystko. Niby znam, ale jednak bylam mocno zaskoczona, zreszta jak najbardziej pozytywnie. Bardzo, barrrdzo rozmhrrruczany wieczor, zanurzony mocno w jezyku portugalskim.

I tak sobie pomyslalam... Po raz kolejny jezyk obcy zdaje sie byc mezczyzna, takie mysli dzis kolo mnie. Blisko bylam z portugalskim kiedys, coraz blizej, obchodzilismy sie oboje, podchodzilismy i nagle go zostawilam, ja, przyznaje. I na koncercie tak mnie podszedl znowu, swoim szeptem, swoim uwodzeniem... Wylapywalam kazde slowo znajome, troche mi sie zacknilo i tak sie poczulam, jakbym go zdradzila troche... Ale jest tylu innych, tak bardzo pociagajacych...
Niemiecki, pierwsza milosc, z rodzaju tych nigdy nierdzewiejacych. Uporzadkowany, zawsze wszystko na swoim miejscu, poukladany i logiczny. Dajacy poczucie bezpieczenstwa i zaprowadzajacy porzadek rowniez we mnie. Mniej sie spotykamy teraz - troche tesknie, troche mysle, i chyba brak mi tego porzadkowania mnie, brak kogos, kto ogarnie chaos.
Z Angielskim sie nie lubimy i lubic sie nie bedziemy, perfect strangers. Balaganu mam az nadto i bez niego. Podobnie Japonski, chlodna kurtuazja z nieszczerymi usmiechami na twarzach. 
Rosyjski ze swoim zaspiewem, domowy, familiarny, przy stole, przy herbacie, rozesmiany, dobry, cieply... Tylko zawsze zapatrzony ponad moja glowa gdzies dalej, nie moj i niczyj, nienalezacy do nikogo.
Lacinski pachnie to apteka, to kadzidlem, uspokaja i mantruje w glowie, dobry do medytacji, do zastanowienia, do milczenia. To ktos taki, kto wie.
I teraz co, Rumunski? Trudny, nie dajacy sie latwo uglaskac, to ja musze o niego zabiegac, szorstki, tylko udaje przyjaznego. Czasem szepcze podobnie do Portugalskiego, czasem spiewa jak Rosyjski, myli tropy, zwodzi, jak syrena, jak kameleon. Intryguje, wzbudza zainteresowanie, dostaje wszystko za nic. I powoduje, ze sie o nim mysli, wciaz i wciaz. Mimo, ze nie odpisuje na listy.

Już wiesz - długi rejs nie da ci nic,
Jeśli duszę masz ranną, a pamięć uwiera jak cierń.
Lizbonę, Rio i Hawanę nawet też
Spróbuj nosić w sobie,
Na deszczowy dzień...

niedziela, 06 listopada 2011
...jeden ton podaje trąba, wszyscy śpiewają to razem.../Strachy na Lachy/

Mysle o czyms, co powiedzial Nowy Nomada (ba, zeby o jednym...), a co ja odebralam, jakbym odkryla jakas wlasna, nieuswiadomiona wczesniej skore. Jakbym poczula nagle okreslajacy mnie kontur. W jednej z rozmow wspomnial o swoim wieku (trzydziesci kilka lat, ledwie trzy lata starszy ode mnie) i dodal zaraz ze swoboda i pelnym przekonaniem, ze o wiele lepiej sie czuje teraz, niz np. dziesiec lat temu, generalnie - kiedy byl mlodszy. Pod kazdym wzgledem - i z ta fizycznoscia teraz, i w tej kondycji psychicznej, intelektualnej, rowniez z calym bagazem doswiadczen, przejsc, rzeczy przeciez mniej i bardziej pozytywnych, totalnie.
I doznalam iluminacji, w miejscowosci Predeal, A.D. 2011.
Ze w zasadzie ja tez. I to barrrrdzo zdecydowanie. Chociaz sama bym chyba nigdy na to nie wpadla, albo moze raczej nie umiala tego przeczucia/odczucia zwerbalizowac.
A przeciez naprawde, kiedy mysle o swoim aktualnym zyciu, to wciaz i wciaz mam jedno wrazenie - ze jest mi cudownie tak, jak jest, choc czesto tak trudno mi sie z tym stwierdzeniem przebic przez perspektywe niektorych znajomych, dla ktorych powinnam byc programowo nieszczesliwa z moim stylem zycia... Przeciez w tak dobrym tonie jest sie krygowac, kobiety w tym celuja:
 + ech, juz jestem po trzydziestce, juz swiat sie w zasadzie zamknal przede mna, nic mi sie nie chce, nie, nie, nie mowmy o moim wieku, nie, nie, ja nie mam czasu na *** [tu do wstawienia dowolne slowo], miesiacami nie bylem w centrum/miescie/rynku itd., w kawiarni - ale po to jechac do miasta?...
 + a TY - no tak, ale ty nie zyjesz normalnym zyciem, nie masz domu, rodziny, dzieci, (+ co ty masz wlasciwie? - niewiele, z pelna premedytacja, + i co ty do roboty masz wlasciwie tez?)
 + no, ty MASZ CZAS [zarzut pol na pol z zazdroscia, nigdy nie wiem, co tym razem przewazy], wiec jakos musisz go sobie wypelnic
 + a co to, dzis znowu zupka chinska na obiad?... no tak, jak ja bym sama mieszkala, to tez by mi sie nie chcialo gotowac, po co dla siebie tylko [sprzatac rowniez wystepuje w tym zestawie wymiennie, wiec pewno i chlew mam w domu, tylko tego z biura nie widac]

A mnie jest dobrze, mnie jest fantastycznie, ale nie mam sily udowadniac, ze nie jestem koniem. Jest mi cudownie z tym, ze robie sobie kolejne i kolejne studia, z dziedzin, ktore mnie interesuja, ucze sie kolejnego jezyka, chodze na treningi, zyje wolna, nieskrepowana musem i naciskami tzw. opinii spolecznej i rodzinnej, jestem wolna od przymusu posiadania, nie zwazam kompletnie na mody i trendy, itd., itd. Tylko ze fakt rozniacy mnie i NNomade to to, ze on, jako mezczyzna pod czterdziestke, wzbudza takim zachowaniem zainteresowanie, intryguje, natomiast ja jako kobieta budze co najmniej niezrozumienie i ewentualna tolerancje (czyli nie akceptacje, tylko przyzwolenie na dziwna innosc).
Ostatnio rozmawialam w pracy z kumplem mlodszym ode mnie o dobre szesc lat, ktory na wiesc, ze wzielam urlop po to, zeby isc na koncert Kultu, zrobil oczy jak spodki, jakbym miala na Marsa leciec (pomijam juz zyczliwy komentarz: Kult? to oni jeszcze graja?... I to mowi ktos, dla kogo kwintesencja weekendowego odpoczynku jest upalic sie do nieprzytomnosci i grac cala noc w gry na komputerze).

I tak pisze ta notke juz od dluzszego czasu i walczy we mnie nuta zlosci i nuta radosci, w rownych proporcjach mniej wiecej. Bo czasami naprawde ogarnia mnie totalna irytacja, ilez mozna gadac do sciany rowno stojacych w masie ludzi, norma normans non normata - norma ksztaltujaca, ustalajaca cos, ale sama nie podlegajaca przeksztalceniom. A z drugiej strony - czy warto kogos przekonywac, skoro i tak cokolwiek powiem, bedzie uznane za tlumaczenie sie? Tylko stale zapominam o tej drugiej stronie...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119